ścieżki

„Kiedy staram się być zwięzłym, staję się niejasnym.”
(Horacy)

Każdy, kto był świadkiem moich występów w domu, akademii okolicznościowych z okresu przedszkolnego i wczesnoszkolnego przyzna z pewnością, że wymagałem od publiczności powagi i skupienia, co najmniej równych zaangażowaniu i przejęciu, z jakim podchodziłem do deklamowania wierszy, wygłaszania uroczystych przemówień i śpiewania piosenek. Podobnie, z wielką uwagą, obserwowałem zawsze każdy gest, analizowałem każde słowo Czytelników gazetki szkolnej, „Kuriera Rodzinnego” czy słuchaczy „Radia Saturn”. Wiele mnie to nauczyło i sporo mi z tego nawyku zostało.

na serio

Najpierw „Nasze sprawy”, których tytuł inspirowany kreatywnością samego Króla Maciusia Pierwszego jest dla mnie prawdziwym powodem do dumy. Podjąłem się wydawania klasowego periodyku w drugiej klasie podstawówki. Nie pamiętam dokładnie, jakie tematy poruszyłem w kilku zaledwie numerach tego „nieregularnika”. Wiem natomiast jedno: finansowo byłem na tym interesie całkowicie stratny – kserowałem i rozdawałem gazetkę za cenę pławienia się w satysfakcji posiadania własnych czytelników.

Pamiętam moment, w którym dawny bydgoski dziennik („Ilustrowany Kurier Polski”) zmienił szatę graficzną. Nowa winieta, nowy papier – to wszystko zadziałało na mnie, jak magiczne zaklęcie. Wyrwałem kartkę z zeszytu, pociąłem winietę gazety, otworzyłem tubkę kleju i tak stworzyłem nowy tytuł… „Kurier Rodzinny”. To było w 1992 roku.

Zachowałem wszystkie, poza pierwszym, oryginały czterdziestu dwóch wydań Kuriera Rodzinnego. Każde z nich kserował Tata a ja kolportowałem w rodzinie. Powyżej udostępniłem dwanaście wybranych numerów.

Pierwszy numer (jeszcze jako „Kurier Wyborczy” – w związku z wyborami do domowego samorządu, jakie zorganizowałem) jest dla mnie początkiem wspaniałego doświadczenia, gdzie wszystko sprowadzało i sprowadza się do jednego – radości z tworzenia, pasji bycia dziennikarzem. Wydając „Kurier” do początków liceum zmieniałem się razem z moim czasopismem: od samouka – żółtodzioba do zorientowanego w szpaltach, wierszach i grzbietach; od kartki z zeszytu do kilkunastostronicowego miesięcznika czytanego przez rodzinę w całej Polsce i poza jej granicami.

Zawsze serio traktowałem wydawanie „Kuriera”. Nigdy jednak nie myślałem, jak poważnie może wpłynąć na mnie i moją przyszłość. W 1994 roku, po urodzinach Babci, dzięki jej koleżance dziennikarce p. Krystynie Starczak – Kozłowskiej poznałem red. Mirosława Twaroga. Wydawał już wtedy „Pod Wiatr”, czasopismo tworzone przez młodych ludzi – amatorów, pasjonatów dziennikarstwa, literatury, sztuki plastycznej i fotografii (czytane przez Polaków w ponad 100 krajach). Był jednym z pierwszych, których „Kurier” niezwykle zainteresował i pierwszym, który powiedział, że z pewnością będę dziennikarzem.

Wkrótce ukazał się mój pierwszy artykuł (debiut!). Miałem wtedy 13 lat i stałem się najmłodszym pośród autorów gazety. W ósmej klasie trafiłem na roczne warsztaty dziennikarstwa prasowego, radiowego i telewizyjnego red. Twaroga, cały czas publikując w „Pod Wiatr”. Parę lat później – w 2000 roku, na zakończenie konwersatorium z poetyki reportażu, spełniło się jedno z moich skrytych marzeń – otrzymałem tytuł Reportera Roku.

Na zdjęciu: po lewej stronie Radek Tomasik, z którym mam przyjemność współdzielić tytuł Reportera Roku 2000; po środku nasz mentor red. Mirosław Twaróg – twórca Pod Wiatr i warsztatów dziennikarskich, no a z prawej to ja.

Kiedy w 1995 roku przygotowywałem kolejne wydanie „Kuriera”, zdobyłem autograf Sławomira Jeneralskiego, który zaciekawiony tytułem zainteresował nim Piotra Szymańskiego z regionalnego ośrodka TVP. Tak, wraz z rodzicami, trafiłem na wizję, aby zaprezentować to, co robię i jak robię. Pierwsze, ale nie ostatnie spotkanie z kamerą… dzięki „Kurierowi”.

Na zdjęciu: z rodzicami i siostrą w studiu bydgoskiego ośrodka TVP – program nadawany był na żywo.

na piątkę

To w czasie warsztatów red. Twaroga przekonałem się do wyboru V Liceum Ogólnokształcącego. Nie potrafię wyobrazić sobie innej szkoły i siebie dzisiaj bez „piątki”. W liceum znalazłem to, czego nie znałem w przepełnionej podstawówce.

W pierwszej klasie zorganizowałem pionierską kampanię wyborczą do szkolnego samorządu, zacząłem działać. Stworzyłem od podstaw szkolną gazetę „Puls Piątki” (każdy numer rozchodził się w „mgnieniu oka”; dodruk był regułą). W drugiej klasie zostałem posłem do Parlamentu Młodzieży Województwa Bydgoskiego. Do końca jego działalności, przez kolejnych kilkanaście miesięcy poznałem rówieśników – zapalonych samorządowców, pełnych pomysłów i entuzjazmu. W okresie gorących dyskusji nad reformą administracyjną (2 klasa LO) współorganizowałem (pod szyldem „Pulsu Piątki”) debatę „Za i przeciw – reforma administracyjna Polski” z udziałem polityków przeciwnych opcji. Sukces umiarkowany, ale posłowie w „piątce” pojawili się, a Ci, którzy nie przyszli – zadzwonili.

Na zdjęciu: redakcja (prawie cała) Pulsu Piątki w pierwszym roku działalności. Piękne czasy!

W październiku 1997 roku zgłosiłem się do świeżo powstałej bydgoskiej rozgłośni Radia Plus (wówczas Radio Św. Wojciech). Wespół z przyjacielem przez kolejne 3 lata tworzyłem autorską audycję „Studio Plus Dwa”.

Ach, założyć słuchawki, usadowić się wygodnie i czekać na znak do wejścia na antenę – zawsze lubiłem ten moment. Na zdjęciu: w studiu – w trakcie emisji.

Podobnie jak „Kurier”, tak i „Studio” postrzegam jako nieocenioną szkołę, dającą doświadczenie i satysfakcję z odkrywania „na własną rękę”. Zaufanie i swobodę kształtowania programu, jakie wypracowaliśmy godzinnymi audycjami wspominam teraz jako fantastyczny okres „naszego radia” – pełnego dobrze pojętej spontaniczności, radości kontaktu z mikrofonem i słuchaczami.

Na zdjęciu: jedna z ostatnich wersji logo Radia Saturn.

Jestem pewien, że nie zacząłbym pierwszego wydania „Studia” bez Warsztatów i bez… Radia Saturn. Będąc w trzeciej klasie szkoły podstawowej, na bazie nowiutkiego magnetofonu marki Sony stworzyłem domową rozgłośnię. Przez kilka lat czerpałem zadowolenie z nagrywania kaset zapełnionych moim programem – serwisami, rozmowami, muzyką, słuchowiskami, dyskusjami, transmisjami… wszystkim, co tworzyło prawdziwe radio i co naśladowałem, tak naprawdę nie będąc tego świadomym.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

Udostępniam dwa wybrane dżingle z oprawy rozgłośni internetowej funkcjonującej wciąż w moich zamiarach… Radio Miszkafe.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

To, co prawda, nie jest materiał z żadnej rozgłośni, ale może wyda się zabawny. Rozmawiam… ze sobą, z różnicą kilkunastu lat między pytaniem a odpowiedzią.

Zawsze miałem szczęście obcowania z ludźmi, którzy sprzyjali moim zainteresowaniom, którzy – świadomie lub nie – popychali mnie do przodu. I tak było w liceum. To właśnie w ogólniaku przeżyłem przygodę w finale Teleturnieju Mickiewiczowskiego, znalazłem ukontentowanie bardziej ambitnej części ego – dzięki wystawom literackim p. profesor Izabeli Świtalskiej – Delikty. To właśnie ona zachęciła mnie do udziału w warsztatach Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej w Szczecinie – kolejnej sposobności do poznania ludzi o podobnych zainteresowaniach; kolejnej okazji, aby gromadzić doświadczenie i wiedzę o demokracji, komunikacji społecznej i dziennikarstwie. To dzięki aktywności w „piątce” mogłem wykazać się jako konferansjer I i II Ogólnopolskiego Festiwalu Młodych Organistów i Wokalistów.

Lubię zaglądać do „piątki”… Na zdjęciu: siedem lat po maturze, w trakcie debaty na temat subkultur, którą moderowałem. Foto – źródło: Gazeta Wyborcza

Czym bardziej myślę o czterech latach w V Liceum, tym bardziej dostrzegam wpływ tej szkoły na moje życie. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że wówczas to tam wiodłem żywot i nie będzie to chyba zbytnią przesadą… Pamiętam, jak kiedyś miła pani sprzątaczka, kolejny dzień widząc mnie w szkole po godzinie 18-ej, zaleciła nocleg na miejscu, bo „w domu i tak pewnie już zapomnieli, jak wyglądam”.

Koniec „piątki” to początek nowego etapu. Równocześnie z maturą stawiałem czoła innej poważnej próbie. To był casting na prezenterów, zorganizowany przez bydgoski ośrodek Telewizji Polskiej. Znalazłem się w szczęśliwej siódemce wybranej z grona przeszło 300 kandydatów. W perspektywie bliskich egzaminów na studia dodało mi to nieco pewności siebie…

Pamiątkowe zdjęcie ekipy z gośćmi programu, w przerwie jednego z nagrań – pod Płowcami. Dwie panie to (od prawej): Barbara Kozber – wydawca i Izabela Grad,
z którą współprowadziłem ten odcinek audycji.

Przez dwa miesiące, wpuszczony na głębokie wody, prowadziłem wakacyjny magazyn „Letnie podróże całkiem nieduże” – półgodzinny program prezentujący znane i nieznane miejsca regionu, a przede wszystkim ludzi, którzy tam mieszkają. Każde wydanie programu to nowa historia, nowa wiedza, dalsza praktyka. Współpraca z zespołem, szukanie odpowiedzi, a nie tylko „klepanie pytań”, wreszcie – poznawanie szczegółów pracy dziennikarza telewizyjnego pozbawiły mnie paru złudzeń, ale dały ponownie coś bezcennego – poczucie spełniania się. Wspomnieć chcę tutaj o red. Barbarze Kozber i red. Katarzynie Marcysiak, którym jestem wdzięczny za życzliwość i profesjonalne podejście do nowicjusza. Do mojego obrazu dziennikarstwa dodały kolejne piękne i żywe barwy.

Ha! Zrealizowała się także pewna obietnica… Kiedyś, mając bodajże 10 lat, zadzwoniłem do nowego oddziału TVP w Bydgoszczy i spytałem się: „czy mógłbym prowadzić program, w którym miałbym gości?”. Wówczas usłyszałem w słuchawce budujący głos: „tak, ale musisz podrosnąć”.

na głos

Niejako z rozpędu, szczęśliwie przeszedłem wstępne egzaminy na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika i Uniwersytecie Warszawskim. Wybrałem Wawę. Z początkiem października 2000 roku zacząłem studiować nauki polityczne (trzy lata później wybierając specjalizację: studia europejskie). Przypadkiem, jako statysta, trafiłem na plan „Hakera” Janusza Zaorskiego, potem „Pianisty” Romana Polańskiego – budząc w sobie uśpione apetyty aktorskie. Dzięki współpracy z bydgoskim ośrodkiem TVP dostałem szansę, by dziennikarstwa uczyć się dalej. Tym razem w „Monitorze Wiadomości”.

W kwietniu 2002 roku w 101. numerze „Pod Wiatr” ukazał się tekst, który opublikowałem wespół z szóstką Warsztatowców – dobrych znajomych. Zawarliśmy w nim nasze spojrzenie na dziennikarstwo. To manifest poglądów – pisany z głębokiej potrzeby, a nie z przymusu. Wkrótce po publikacji artykułu stwierdziliśmy, że to nam nie wystarcza… Jego publikację uznaliśmy za początek wspólnego działania. 15 czerwca 2002 roku zawiązaliśmy Towarzystwo Siedmiu R.A.D. To kolejny etap mojego życia, kolejne wyzwanie i kolejne źródło spełnienia.

Niespełna rok później – w kwietniu 2003 roku zrealizowaliśmy projekt „Fairmedia – etyka młodych dziennikarzy”, na który składała się konferencja „Warsztaty etyki” i seminarium „Obywatel (czy) dziennikarz?”. Adresowaliśmy go do absolwentów przeszło dziesięciu edycji Warsztatów red. Twaroga. Z jednej strony traktowałem to przedsięwzięcie jako wyzwanie spożytkowania potencjału społeczności warsztatowców, z drugiej – jako próbę zmierzenia się z wątpliwościami przybierającymi na sile: o jakie media nam chodzi, w jakich i na jakich zasadach widzę siebie?

Pamiątkowe zdjęcie uczestników konferencji „Warsztaty etyki” w auli gościnnego „Koperka” (dziś mieści się tu Uniwersytet Kazimierza Wielkiego).

I taki właśnie był czwarty rok na Uniwerku. Pełen pytań i pierwszych mocnych odpowiedzi, przełomowy. W zasadzie najmniej o studia chodzi, a bardziej o to, co w ich trakcie się działo. Odnotuję jedno: od października 2003 do czerwca 2004 roku brałem udział w Warsztatach Praw Człowieka dla Studentów organizowanych przez Helsińską Fundację Praw Człowieka. Z tego kursu wyniosłem i więcej samoświadomości, i śmiałości. Dzięki treściom, jakie nam przekazywano czuję się bardziej zorientowanym, ukierunkowanym człowiekiem i obywatelem. Obcowałem z ludźmi, których trudno byłoby mi poznać w innych okolicznościach (myślę zwłaszcza o tych, z którymi uczęszczałem na Warsztaty). Mam przeświadczenie, że dzięki temu udało mi się poluzować więzy, które trzymały mnie w sieci „powszechnych poglądów” – wyznawanych na ślepo, nieodczuwanych szczerze. Nazwać to muszę również poszerzeniem horyzontów mentalnych. Bez wątpienia Warsztaty Helsińskiej Fundacji należą do tych epizodów mojego życia, kiedy ochoczo przyspieszam kroku i w zadziwieniu odnajduję nieznane mi przestrzenie bycia.

Na zdjęciu: w trakcie warsztatów podczas wyjazdowej sesji do Załęcza.
Prezentacja rezultatów pracy grupy.

nowe ścieżki

Wszystko to spisałem siedem lat temu (ło matko!). Było takim etapowym resume życiowym. Nie czuję potrzeby, by cokolwiek w nim dzisiaj zmieniać. Odrzucam dzielnie pokusę, by jego język – na dość wysokim tonie, z lekką nutką egzaltacji – przełożyć na formy zdystansowane, bardziej może dojrzałe, może dorosłe. O rzeczach wielkich nie napisałem, poza jedną, między wierszami: o nastawieniu pełnym wiary w to, że ziszczenie marzeń, gdy uparcie do tego dążę, jest w moim zasięgu. Stoją za nimi racje szczere i czyste intencje. Żadna to trywialność. Patrząc po sobie i wielu bliskich mi rówieśnikach widzę dzisiaj, że wciąż bardzo nam takiej niepokorności potrzeba.

Na zdjęciu (2007 r.): mierzymy rękawiczki, nim w nich zagłosujemy. Akcja „Brzydzisz się? Głosuj w rękawiczkach”. Foto – źródło: Gazeta Wyborcza

Na zdjęciu (2008 r.): konferencja „Między korupcją, polityką a misją – czy media publiczne mogą być publiczne”, którą prowadziłem. Foto: mmbydgoszcz.pl

W 2005 roku, zaraz po studiach, przeniosłem się do Krakowa, wchodząc w rolę nauczyciela akademickiego. Po blisko roku wróciłem do Warszawy, nie rezygnując jeszcze z nowego zajęcia. Więź z mediami ostatecznie się rozluźniła, a sens odnajdowałem w obywatelskim aktywizowaniu siebie (i/lub innych) – od Marszu Wolności (po rozgonionym Marszu Równości w Poznaniu), przez wsparcie dla Pomarańczowej Rewolucji, po wybory parlamentarne w 2007 roku. Na dwa lata stałem się samodzielnym przedsiębiorcą w branży public relations, by wreszcie znaleźć się tam, gdzie od czasów liceum miałem przecież być – w sektorze pozarządowym. Tu widzę dzisiaj siebie i w nim lokuję plany.